Światowy Dzień Kota

poniedziałek, lutego 17, 2014

Dziś mamy Międzynarodowy Dzień Kota, a ja jako rasowa “kocia mama” nie mogę tego faktu pominąć. Swoją drogą to moja przygoda z kotami nigdy nie była dla mnie oczywistą sprawą. Wychowałam się w domu w którym zawsze był jakiś pies, mniejszy, większy, kundel, rasowy, ale pies. Kotów nie było nigdy, mój tata nie przepada za tymi futrzakami. Moja babcia, która prowadziła hodowle Yorków, pod koniec życia też postanowiła mieć koty. Ale nie takie zwykła dachowce, ale Cornish Rexy, czyli koty o posturze łysego sfinksa, ale z krótkim włoskiem. Zawsze wydawały mi się dziwnie wyniosłe, wyglądały troszkę jak kosmici i nie były przyjazne. Może to zachowanie kociej arystokracji, sama nie wiem. 


Z dzieciństwa pamiętam, że kiedyś chciałam jakiegoś kotka, które spotkałam u znajomych rodziców, przytulić, ale on nie był fanem tego pomysłu. Co skończyło się sporym zadrapaniem na moim policzku. I tak ja i koty postanowiliśmy zachowywać bezpieczną odległość i nie wchodzić sobie w drogę. Potem, kiedy byłam już na studiach, pojechałam do koleżanki, której rodzice mieszkają na wsi i mieli niezłą gromadkę małych, futrzastych, miauczących. Pamiętam jak dziś to była piękna zima, mnóstwo śniegu na polach, wszystko wyglądało jak z bajki. A tam taka gromadka, każdy inny z wyglądu i charakteru, a do tego parę maluchów, które usiłowały się wspinać na futryny drzwi, a potem przywoływały nas rzewnym płaczem, bo nie umiały zejść. W czasie tego wyjazdu dopadło mnie przeziębienie, które zaczęło się od potwornego bólu głowy. Wtedy z pomocą przyszedł największy z kotów mojej koleżanki, który uwił sobie gniazdko na poduszce, tuż nad moją głową i tak zasnęliśmy. Po krótkiej drzemce ból minął, a kot zarobił puszkę sardynek. Wtedy przekonałam się, że nie wszystkie koty chcą mi się rzucić do gardła. Ale dopiero kiedy z mężem wyprowadziliśmy się na swoje zaczęło nam brakować zwierzaka. Oboje zawsze się nimi otaczaliśmy. Tym razem o psie nie było mowy, bo czasami nie ma nas w domu dłużej niż 8 h i nie miałabym serca na tak długo go zostawiać. I tak wrócił temat kota. I tak ponad 2 lata temu w naszym domu pojawiła się Paczenko i od razu zrobiło się weselej. No może poza momentami kiedy próbowała coś zbroić, ale nikt nie jest doskonały. Paczenko jest kochana, bardzo uczuciowa i spokojna. Czeka na nas w kuchennym oknie i zawsze wita miauczeniem. Dopomina się czułości. Zauważyliśmy, że bardzo za nami tęskni i wie dokładnie w tym swoim kocim zegarze, kiedy nie ma nas dłużej niż zwykle. Zawsze potem czekał nas długi wykład, godzina kociego miauczenia i wyrzekania. Kiedy latem zeszłego roku przeprowadziliśmy się do większego mieszkania przez myśl przeszedł nam drugi kot, ale przyznam, że pomysł był, ale nie byliśmy do niego przekonani. Za dużo mieliśmy wątpliwości. Tak narodził się pomysł, że weźmiemy drugiego kota, ale pod warunkiem, że będzie to ruda kotka. I jak na złość takie w okolicy nie było przez parę miesięcy, więc temat umarł. Ale na Boże Narodzenie zeszłego roku dostaliśmy nieoczekiwany prezent w postaci Ninjy, którą znalazł mój szwagier. Nie sposób było nie pomóc takiej małej, puchatej kulce. Co prawda “dokacanie” to nie jest łatwy proces i było kilka trudnych dni, ale teraz żyć nie mogą bez siebie, więc się udało. Mają raźniej, jak jesteśmy w pracy. Jak to mówią, koty tak samo jak buty musza być do pary.








Przeczytaj też

1 komentarze

Blog Archive