Jak zaplanowałam nowy roku na blogu

By Joanna Gwizdała - niedziela, stycznia 06, 2019




Nowy rok, noworoczne postanowienia i ciążąca nad nimi klątwa, bo przecież tak szybko je sobie odpuszczamy. Coś nam nie idzie. Zniechęcamy się. Czy w czerwcu będziemy jeszcze o nich pamiętać? Też macie wrażenie, że to taki zamknięty krąg? 

Brzmi to mniej więcej tak, jak w tym modelowym przykładzie: nowy rok, nowa ja, nowa dieta. Ale okazuje się, że w sumie to jest zima, o 16 jest już ciemno, a dieta może jest i spoko, ale w taką pogodę sprawia, że  jest nam zimno i nie mamy siły na nic. Odkładamy ją na wiosnę. Wiosną zaczniemy, żeby mieć na lato ciało idealne do kostiumu kąpielowego. Lato jednak przychodzi jakoś tak za szybko. Ale zawsze jest jeszcze wyjazd na urlop późną jesienią. Na pewno do tego czasu się uda. A jak nie do urlopu, to może uda się wbić się w tą ekstra kieckę na Sylwestra. Myślę, że to jeden z najlepszych przykładów na to, że uwielbiamy odkładać, przekładać i niedotrzymywać naszych postanowień.

Zastanawiałam się ostatnio czemu się tak dzieje. Na pewno każdy ma swoje powody, ale już wiem co jest głównym powodem odpuszczania w moim przypadku. Myślę, że w tym wypadku głównym powodem tego, że z czegoś rezygnuję jest to, że od razu nie udaje mi się idealnie. Lubię, żeby od razu było tak na tip top, a przecież nikt nie rodzi się z wieloma umiejętnościami. Ćwiczenie jogi albo robienie idealnych zdjęć, to wszystko wymaga ćwiczeń i praktyki. Ale przecież  wszędzie dookoła słyszymy, że musimy być we wszystkim idealne, począwszy od wyglądu, aż po każdy przecinek. 

Ja w zeszłym roku też postanowiłam się czegoś nauczyć.  Uczyłam się odpuszczać sobie i dawać czas na nie robienie niczego. Bo właśnie ciśnienie na to, że muszę być perfekcyjnie zorganizowana i robić wiele różnych rzeczy, sprawiło że byłam spięta, zmęczona i zniechęcona, bo przecież to się nie uda. Nie jesteśmy robotami, czasem jedynym o czym marzymy po długim dniu w pracy jest zawinąć się w kocyk i odpalić ulubiony serial. I nie ma w tym nic złego, ale ta wszechobecna moda na wydajność i organizację sprawia, że można się poczuć winna. 

Nie zrozumcie mnie źle. Nie uważam wcale, że planowanie jest złe. Wręcz przeciwnie to najlepsze możliwe rozwiązanie. Ale jeżeli zaplanujemy więcej niż możemy zrobić to będziemy się wkurzać. Kluczem do rozwiązania tej sytuacji jest znalezienie równowagi między tym co chcemy zrobić,a czasem dla siebie. Dlatego w grudniu poświęciłam sporo czasu na przemyślenie tego jak chcę działać w sieci w tym roku. Nie narzucałam sobie żadnych założeń, chciałam po prostu zmierzyć się ze swoimi myślami i pomysłami. Czasem warto dać sobie przestrzeń. Zresztą jak mówił mój były szef, nie ma głupich pomysłów.

Ale jak je wszystkie uporządkować? Przyznam się Wam, że nie do końca miałam na to pomysł. Spisywałam sobie je w notesie, ale to nie to. Dalej wydawały mi się rozrzucone, takie bez ładu i składu. Udało mi się jednak znaleźć sposób, żeby okiełznać te wszystkie rzeczy. 

12-tygodniowy rok


Okładka tej książki mignęła mi kiedyś na Instastories u Oli @wild.rocks i tak mnie zaintrygowała, że musiałam do niej zajrzeć. Powiem Wam, że nie jestem totalnie fanką książek coachingowych czy tego typu, ale tutaj bardziej chodzi o sposób planowania, więc postanowiłam do niej zajrzeć. I to był świetny wybór! 

Filozofia zawarta w książce 12 tygodniowy rok polega na tym, że nie planujemy działań na cały rok, bo to stanowczo za długi okres i sprawia, że wszystko się nam rozmywa. Nie sposób kłócić się z ludźmi, którzy zajmują się tym od lat i szkolą ludzi. Zresztą, czy nie o tym pisałam parę linijek wcześniej? Właśnie dlatego lepiej planować krótsze okresy, bo jest nam łatwiej nad nimi zapanować. Można sobie rozłożyć działania na każdy tydzień, rozsądniej, a co za tym idzie łatwiej je zrealizować. Oczywiście możecie pomyśleć o tym co będzie się u Was działo w perspektywie roku, ale zaplanowanie konkretnych działań na krótszy czas będzie bardziej skuteczne. Muszę Wam przyznać, że podejście do planowania w systemie 12 tygodniowym ułatwiło mi nie tylko myślenie o  blogu czy działaniach w social mediach, ale także w pracy zawodowej. Zdecydowanie polecam Wam zajrzeć do tej książki i spróbować zorganizować się na nowo. 

Mapa myśli


Kolejnym krokiem do opanowania chaosu była właśnie mapa myśli. Przypomniał mi o niej Tomek (@jason.hunt) w czasie swojego webminaru. Żeby było prościej znalazłam do tego fajne narzędzie online i zaczęłam majstrować. Przede wszystkim za radą Tomka wypisałam wszystko co przyszło mi do głowy: miejsca, gdzie chcę publikować; tematykę, którą chcę się zająć; projekty, które chcę zrealizować. Mojej mapy Wam nie pokażę, bo nie chcę zdradzać wszystkich planów i pomysłów, ale jeżeli chcecie stworzyć taką mapę to bardzo prosto zmontujecie ją w Coggle. Możecie także zrobić to analogowo, rozpisać na karteczkach i układać do woli w różnych konfiguracjach, albo chwycić za kredki oraz flamastry i na kawałku brystolu wyczarować swoją mapę.

Harmonogram działania


To przyda się Wam przy większych projektach, takich które trwają parę tygodni. Na takich harmonogramach często operuje w pracy i przekonałam się nie raz, że sprawdzają się najlepiej. To właściwie taka bardzo rozbudowana to do lista, ale rozłożona w czasie, z konkretnymi terminami na dane zadanie. A skreślenie kolejnego wykonanego zadania to najlepszy obraz tego ile udało się zrobić. Właśnie tak przygotowałam sobie plan pracy nad projektem, który zaczęłam pod koniec zeszłego roku, więc zabieram się ostro do pracy.

Mam nadzieję, że to będzie dla Was ciekawy sposób na planowanie swoich projektów i ogarnięcie ogromu pomysłów, które chcecie wcielić w życie. Koniecznie napiszcie mi co o tym sądzicie. A może macie jakieś swoje sprawdzone patenty. Chętnie je poznam. Lubię jak uczymy się od siebie na wzajem.



  • Podziel się:

Możesz przeczytać także te posty

1 komentarzy